Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl
 
 
Dookoła gliniaka
PDF Drukuj



   Dookoła GLINIAKA

    Gliniak nie jest zakaźnym bakteryjnym rozproszkowaniem czerwiu!!!

                                                  15 styczeń 2012 r.

 

           Walkę z gliniakiem rozpocząłem 4 lata temu, kiedy to zarażeniu uległo dużo rodzin w  jednej z pasiek. Zwykłe zabiegi higieniczno sanitarne przestały wystarczać, a zarażalność kolejnych rodzin była większa niż przy zgnilcu amerykańskim, czy przy grzybicy. Ta zarażalność wzrastała w okresach bezpożytkowych. Pierwsze spostrzeżenia dały mi możliwość poznać wiele szczegółów które towarzyszy tej chorobie. Mocno zarażona rodzina nie różni się niczym w przebiegu tej choroby od zgnilca amerykańskiego. Tak samo czerw jest rozstrzelony i tak samo zapadnięta i zbrązowiała jest woszczyna w obrębie czerwiu. Tak samo ramki pobrudzone są kałem i żygowinami pszczół. Jedynym co odróżnia te choroby w zakresie badania organoleptycznego to zapach i konsystencja zepsutego czerwiu. Zapach gliniaka to smród zbliżony do zapachu moczącego się niemyjącego się człowieka . Również o ile przetrwalniki zgnilca amerykańskiego są trwalsze, o tyle zarażalność gliniakiem jest con 10 krotnie większa niż zgnilcem.- szczególnie dotyczy to wiosny zaraz po oblocie.

 

       Na forum internetowym Polanka ,Miesięcznika Pszczelarstwo, oraz Pasieki Ambrozja pojawiły się bezpodstawne komentarze na mój temat , dotyczące orzekania że gliniak to to samo co zakaŹne rozproszkowanie czerwiu. Otóż nie jest to zupełnie co innego. Wielu fachowców z dziedziny pszczelarstwa myli również gliniaka z kiślicą. Jest to zupełnie inny zapach i konsystencja zepsutego czerwiu. Jest to zdecydownie choroba bakteryjna. Wpierw myślałem że wywołuje go wirus, ale nie, ale wirusy sprzyjają w tym zestawieniu obniżce temperatury gniazda co skutkuje przyspieszeonym rozwojem tej chorobty tam gdzie w terenie są jej zarodki.

        Gliniak ma czasami przebieg o słabytch objawach i jeśli pszczoły zarażają się latem  przy intensywnym pożytku, to w większości pszczoły same się wyleczą. Problemem jest jednak jesień, a szczególnie najwcześniejsza wiosna – tuż po oblocie.

 

           W czasie tego pierwszego kontaktu z gliniakiem rozpocząłem pierwsze próby zwalczania jego przy pomocy środków weterynaryjnych i spirytusu. Podstawową substancją którą stosowałem w różnych zestawieniach był najpierw Virkon, a potem rapicid. Rapicidem ok 11 lat temu już zwalczałem grzybicę otorbirlakowo- wapienną , kiedy to zaraŹiłem nią sobie jedną z pasiek własnym pyłkiem kwiatowym. Podczas zbierania pyłku, podczas jego przeróbki grzybicy nie było widać , jednak jak się potem okazało podanie go z pasieczyska zaraziło 100% rodzin w jednej z pasiek. Zadziałanie rapicidem okazało się w 100% skuteczne, a przy okazji wyszło na to że pszczoły kaukaskie pozbywają się grzybicy samodzielnie i nie chorują na nią.

           Dezynfekowałem ramki i na mokro wkładałem do ula w środek gniazda. Na tej ramce grzybica się nie pojawjała nigdy, a sąsiednie dwie ramki na powierzchniach przyległych do tej wstawionej również pozbywały się grzybicy. To wskazywało na zagospodarowywanie przez pszczoły, resztek roztworu w ramce wstawianej po dezynfekcji.

           Doświadczenia z grzybicą przekonały mnie że rapicid jest obojętny dla pszczół, a stosowany równocześnie virkon po przekroczeniu pewnego stężenia i podaniu większych ilości ma silne właściwości dezynfekcyjne, ale  powoduje padnięcia pszczół. Nie były one liczne. Dalsze doświadczenia z virkonem przekonały mnie że virkon szkodzi pszczołom.

 

          Druga przygoda z gliniakiem miała miejsce 3 lata temu.  Rejon Lipnicy k. Bytowa obfituje w uprawy gryki. Corocznie od 25 lat wywożę tam pszczoły – czasami nawet w dwa miejsca. Jednym z tych miejsc były okolice wsi £ąkie w gminie Lipnica, ale przez kilka lat nie byłem tam ponieważ wędrowało tam dużo pasiek z Chojnic, Elbląga i Gdańska. Tak się stało że rozrosła mi się pasieka i 45 uli nie miałem gdzie w lipcu wstawić, więc odnowiłem kontakt w £ąkiem. Zaprosił mnie tam właściciel 40 ulowej pasieki i pozwolił wstawić pszczoły w pobliżu swojego podwórka. W zamencie nawału pracy,  transportu pszczół i miodobrania wielokwiatu nie zdążyłem właściciela zapytać o przyczynę zaproponowania mi postawienia pszczół i to w pobliżu swojego zabudowania. Wiedziałem wcześniej że przez kilka lat na tym terenie w okolicy tej wsi stacjonowało na gryce łącznie ponad 300 uli. Kiedy już ustawiłem pszczoły- 2 – 3 dni po ich przywiezieniu zacząłem penetrować teren i jakoś nie mogłem dostrzec w pobliżu żadnej innej pasieki. Trzeciego dnia po południu zajechałem na pasiekę poziomować ule i z niedowierzaniem stwierdziłem że moje pszczoły o godŹ 15.00 chodzą jak burza. Są to tereny o glebie kl. V nie ma tam lip. O tej porze nigdy nic oprócz gryki i sporadycznej ognichy  nie kwitnie, Więc poszedłem w kierunku lotu pszczół. Doszedłem do pasieki właściciela odległej o 600m  w której panował ruch jak w Warszawie. Moje pszczoły rabowały pasiekę właściciela. Jak się potem okazało, pszczoły wiosną wyleciały mu , było ich bardzo dużo w każdym ulu, a po 3 tygodniach od oblotu pasieka przestała istnieć i w takim stanie pozostała do czasu kiedy przywiozłem swoje pszczoły w nowych ulach w to miejsce.  W wielu ulach w tej jego byłej pasiece nie było padniętych pszczół, a w tych gdzie były było ich na prawdę  mało.

 

           W rozmowie z właścicielem wyszło,  że w okolicy padły wszystkie pszczoły w 6 pasiekach i żadna z pasiek która stała w tym miejscu ub roku nie pojawiła się teraz na gryce.  W pobliżu tej wsi nie przeżyła ani jedna rodzina pszczela.

        No cóż było robić – miód z syropem cukrowym jaki został po zimie w pasiece właściciela trafił do moich uli, ale w czasie pierwszego szczegółowego przeglądu moich rodzin włosy zaczęły mi się jeżyć na głowie. W całej pasiece bez wyjątku pojawił się równomiernie rozstrzelony czerw.  Był silny pożytek z gryki- pszczoły nektarem dezynfekowały gniazdo, dlatego rozwój choroby był ograniczony.  Nie było szans żeby do skończenia pożytku cokolwiek w tym zakresie zrobić. Jedno było pewne pszczoły wszystkie są zarażone. Z właścicielem przejrzeliśmy i uporządkowaliśmy poszczególne jego ule , w których pozostał jeszcze wyschnięty zepsuty czerw, ale nie było w ogóle motylicy.  Na podstawie obserwacji zawartości uli, zapachu i wyglądu tego co pozostało po czerwiu, i  wywiadu z właścicielem ustaliłem że powodem śmierci jego pasieki musi być GLINIAK. Miodobranie zrobiłem tak wcześnie jak się tylko dało i przewiozłem pszczoły do miejsca ich zimowania. Na tej pasiece rozpocząłem walkę o jej przetrwanie. Rozpocząłem doświadczenia mieszaniną ALFA-5 , które pozwoliły całą pasiekę bez strat zazimować. Jednak już przy końcu lutego okazało się że jest dużo rodzin z biegunką. Jesienią mimo dużej siły rodzin było widać że pszczoły mimo wszystko są nie takie jak trzeba. Zabiegi które wówczas wykonywałem były w sumie doświadczeniami w stosowaniu ALFA-5 a nie  leczeniem, ale był to jeden z etapów dochodzenia do walki z chorobami biologicznymi w ogóle.  Wiosną po oblocie widać było na daszkach brązowe plamy przy których siadały pojedyncze pszczoły. Obserwując nadal pszczoły lądujące na daszkach – szczególnie rano widziałem jak pszczoła wyrzuca zawartość wola  i odlatuje. Potem siada przy tym inna pszczoła i to zabiera takich obrazków było kilkanaście jednego dnia. Mimo niesprzyjających warunków / 6 stopni /  Przejrzałem całą pasiekę stwierdzając w trzech rodzinach rozwiniętego gliniaka. Poddałem całą pasiekę systemicznemu działaniu ALFA-5. Po 2 tygodniach rodziny doszły do normy, ale  z powodu koniecznych zsypań pasieka straciła 8 rodzin. Do 20 maja wymieniłem wszystkie matki w tej pasiece i przez całe lato gliniak nie pojawił się.

    To wiosennne zastosowanie mieszaniny ALFA-5 dało mi właściwy pogląd na jej

działanie i jej zastosowanie. Jej główną zaletą jest nie tylko powierzchniowa dezynfekcja, ale przede wszystkim dezynfekcja przedniej części układu pokarmowego, czyli przełyku i wola / jelito przednie/  Pierwsze doswiadczenia polegały na pojedynczych opryskach i pojedynczych sporadycznych podkarmianiach syropem leczniczym.

         Pasiekę uratowałem, Ale po wiosennym rozwiezieniu pszczół następnego roku,  następna pasieka i to jeszcze w kwietniu zaraziła się tak samo. 35 uli w ciągu 5 dni straciło wigor i właściwie wykonywane były tylko sporadyczne loty- ubyło bardzo dużo pszczół z uli Dowiozłem w to miejsce następnych 5 rodzin i już 3- ciego dnia były widoczne zmiany, a w rodzinach przywiezionych wcześniej pojawił się równomiernie rozstrzelony czerw. Pasiekę poddałem już systemicznej serii zabiegów / 3 kolejne dni po dwa opryski / z użyciem ALFA-5 i podkarmienie lecznicze.  Po 2 tygodniach ponowiłem zabiegi i było po chorobie, ale niezupełnie. Dwie rodziny nie udawało się wyleczyć.

   Tego roku wiosną również w kwietniu rozwiozłem pszczoły i znowu w innym miejscu taka sama sytuacja. Leczenie kolejny raz przyniosło skutek ogólny, ale jak poprzednio jednej rodziny nie udało się wyleczyć i musiałem ją wywieŹć w miejsce odosobnione, leczyłem całe lato i w końcu w sierpniu był skutek- pszczoły zazimowałem. Średnio na 20 rodzin jedna jest oporna w leczeniu i na dobrą sprawę lepiej jest ją zlikwidować niż bawić się w uporczywe leczenia.

 

     Dokonując tego leczenia obecnie mieszaninę ALFA-5 używam tylko w pierwszym etapie choroby, a potem stosuję sam rapicid. Rapicid w stężeniu 1% stosuję do szeroko pojętej profilaktyki- zarówno do oprysków jak też tak samo jak mieszaninę alfa-5 do podkarmiania leczniczego. Mając obecnie dużą wiedzę w zakresie diagnostyki zgnilca i gliniaka opracowałem metodę oprysków profilaktycznych którą zastosowałem wczesną wiosną 2011r oraz 3 serie jesienią 2011r – wg zasad które podałem na filmie w temacie zwalczanie warrozy rapicidem.

    W ten sam sposób zarówno w swoich pasiekach jak również u kolegów udało się zwalczyć zgnilca amerykańskiego . Ubiegłego roku nie mając własnego zgnilca sprowadziłem sobie do celów doświadczalnych dwukrotnie dorodnego zgnilca spod Gdańska. Powtórzyłem w sumie 4 krotnie zwalczanie zgnilca po usunięciu zepsutego czerwiu i uważam że mam metodę na to by się nie odnowił.

 

       Eksperymentując z tymi dwoma chorobami, a w szczególności z glniakiem na początku, przekonany byłem , że jego przyczyną nie jest bakteria lecz wirus. Byłem blisko prawdy lecz wygląda ona inaczej. Otóż uważam , że każda choroba w rodzinie pszczelej nie ma większych możliwości rozwoju jeśli w centrum gniazda panuje temperatura 34 – 35 stopni.

         W przypadku gliniaka obserwowałem że najpierw spada temperatura gniazda nawet do 24 stopni, potem w ciągu 2 tygodni znika z uli dużo pszczół, potem dopiero pojawia się równomiernie rozstrzelony czerw.  Taki przebieg początkowy,  jak się potem okazało ma nie a tylko gliniak, lecz także zgnilec i choroba woreczkowa też. To właśnie wskazuje na to że równocześnie z bakterią albo wcześniej musi na pszczoły oddziaływać jakiś wirus żeby obniżyć temperaturę gniazda, a dopiero wtedy rozwijają się bez ograniczeń choroby bakteryjne. Choroba czerwiu wpływa poza wszelką wątpliwość na zdrowie pszczół dorosłych i dodatkowo z tego powodu pogarszane są dodatkowo warunki termiczne w rodzinie i ogólna kondycja pszczół dorosłych.

          Na początkową działalność wirusa wskazuje również to że w niektórych rodzinach temperatura gniazda spadła poniżej 30 stopni na 2 – 3 dni, a potem ustabilizowała się ponownie wskazując na zadziałanie sił odpornościowych w rodzinie. W przypadku nagłego zarażenia się wirusem w dużej ilości dzieje się tak jak w przypadku zarażenia moich pasiek . Jest to zarażenie podwójne w dużej ilości wirusem i bakteriami gliniaka pozbawiając rodzinę wszelkich szans przetrwania. W tych okolicznościach nie działają siły obronne rodziny pszczelej pozwalając bakteriom rozwijać się bez ograniczeń. Dlatego to podczas rabowania obcej pasieki następuje kompletna destrukcja rodzin i jeśli początek był jesienią to wiosną pszczoły wylatując w okresie bezpożytkowym żygają jedzonymi cząstkami czerwiu wymieszanymi  z pokarmem cukrowym i zarażają bardzo silnie całą pasiekę i okoliczne jeśli są blisko. Takie pasieki giną zupełnie w ciągu 3 tygodni. 

 

       Diagnozując jedną z pasiek pod Gdańskiem okazało się że w pasiece jest gliniak, zgnilec i grzybica otorbielakowo wapienna. Na 45 uli wszystkie były chore, ale nie we wszystkich były oczywiste objawy choroby. Na 22wycinków z ramek -  ofoliowane i wstawione do inkubatora gliniak rozwjął się w 8  zgnilec w 6 , obydwie choroby na raz były w 8  rodzinach,  17 z tych rodzin miały dodatkowo grzybicę. W tej pasiece było bardzo dużo pszczół w różnym wieku padniętrych pod ulami- również jednodniówki.

 

      Zarażenie w tej pasiece nastąpiło wg mnie dużo przed  20 maja, pszczelarz zauważył że coś z pszczołami się dzieje 27 maja, natomiast mój przegląd pasieki miał miejsce 5 czerwca. Dorosłe pszczoły w całej pasiece zarażone były zdecydowanie wirusem. Jak sie okazało pozostałe choroby bakteryjne funkcjonowałt w najbliższym terenie i dlatego rozwinęły się w tej pasiece gdy drastycznie spadła temperatura gniazda.  Pszczoły w ogóle nie wykonywały lotów po pożytek, a część pszczół dorosłych po prostu zniknęła.

             Dla kontroli dowiozłem do tej pasieki w czasie jej leczenia 2 swoje rodziny do celów kontroli lotów i intensywności pożytku.  . W okolicy nie ma plantacji zblokowanych i w odległości con. 5 km od stacjonowania tej pasieki nie przywiózł nikt żadnych pszczół. Oceniam że zarażenie tej pasieki wirusem nastąpiło z powodu owadów dzikich, dlatego że najbliższa pasieka stoi w odległości 4 km i w tym czasie była jeszcze zdrowa. Za moją namową wmontowaliśmi w 5 uli na tej sąsiedzkiej pasiece termometry i monitorowana była temperatura wnętrza gniazda. Po 2 tygodniach otrzymałem informację od tego pszczelarza że w 3 ulach temperatura spadła poniżej 30 stopni. Kontrola tej pasieki / 10 uli /  nie ujawniła żadnych anomalii, ale ponowna kontrola za tydzień ujawniła w 1/3 uli rozstrzelony czerw. Nie dochodziliśmy co to jest , poddałem pszczoły opryskom i podkarmialiśmy je  syropem leczniczym wycofując wcześniej możliwie duże zapasy miodu. Z pasieki pobrałem próbki czerwiu i wstawiłem do inkubatora w temp 26 stopni. Rozwinął się w każdej z próbek gliniak.

           Po leczeniu pszczoły jeszcze zebrały grykę  / ok 14 kg z ula/  W tych dwóch przypadkach ewidentną przyczyną osłabienia metabolizmu był WIRUS!!!, który osabił metabolizm pszczół a w  konsekwencji tego był spadek temperatury gniazda co skutkowało niewłaściwymi warunkami rozwoju czerwiu i nieśności matek. Więc stworzyły się idealne warunki do rozwoju bakterii tych chorób które były w zasięgu pasieki.

 

        Eksperymentując z    zarażaniem pszczół zgnilcem i gliniakiem przez poddanie rodzinom po 4 zarażone czerwiem ramki / próby na 21 ulach/  Choroby rozwinęły się mocno w 6 rodzinach, w 10 rodzinach  choroby rozwinęły się słabo i po opryskach przez 3 dni zwalczyły chorobę, natomiast  5 rodzin zwalczyło chorobę bez żadnej in gerencji z zewnątrz. W tych 5 rodzinach pszczoły jednego dnia wyrzuciły cały zepsuty czerw, lecz matki nie zaczerwiały tych ramek przez 4 dni. Był wtedy dość dobry pożytek, myślę że pszczoły dezynfekowały skutecznie siebie i ramki przynoszonym świeżym nektarem. Do tych wyników nie potrafię się odnieść. Myślę że szybkość oczyszczania komórek i świeży nektar zadecydowały o tym że te 5 rodzin nie zachorowało.

      Wtrącanie tematu zgnilca do tematu gliniak czynię świadomie, ponieważ po pierwsze przebieg chorób jest podobny a po drugie wszystkie doświadczenia wykonywałem w jednym czasie. Ponadto obie choroby są jednakowo groŹne, jednakowo zakaŹne, i tak samo trudne w zwalczaniu. Względem  obydwu tych chorób postępowanie lecznicze jest identyczne.

 

WAŻNE!!!

 Opisywane l;eczenia dotyczą leczenia w obecności czerwiu zepsutego. To jest uzasadnione tylko wtedy gdy osoba zajmująca się zdrowotnością pszczół czyni obserwacje procesu leczenia  w czasie systemicznego  stosowania konkretnej metody. Daje to zasadniczy pogląd na skuteczność metody.

     Praktycznie w pasiekach produkcyjnych – niezależnie od choroby- takich  praktyk nie należy stosować , ponieważ pszczoły mając w gnieŹdzie czerw zepsuty cały czas wyrzucając go mają do czynienia z masą zarażającą i zarażają się wzajemnie , a także mogą zarażać inne rodziny. W przypadku pasiek produkcyjnych zawsze należy usunąć i zlikwidować ramki z czerwiem zakrytym i osadzać pszczoły na dezynfekowanych ramkach podkarnmiając je równocześnie wg. Opisanych zasad. Zawsze w tych przypadkach dezynfekować dennice i to wielokrotnie.    Pozostawienie w rodzinie psującego się czerwiu przedłuża zawsze mocno czas leczenia i  w żaden sposób praktycznie nie jest uzasadnione.  W czasie wyleczenia rodziny zawsze trzeba dążyć do systematycznego najszybszego wycofania plastrów gniazdowych, i dokonać możliwie szybko wymianę matki.

 

   Reasumując te wszystkie zdarzenie i doświadczenia, uważam że istnieje jakaś biologiczna przyczyna osłabniajaca w konkretnych sytuacjach metabolizm pszczół. Takie zjawisko miało miejsce na mojej pasiece w której co roku zbieram miód leśny z dęba, buka, modrzewia , malin jagód kruszyny i innych pożytków leśnych . Zakupiłem wtedy 12 termometrów elektronicznych i wiosną b.r. Rozpocząłem bieżące diagnozowanie rodzin przez pomniar temperatur wnętrza gniazda. Jak wiadomo te temperatury w marcu i początku kwietnia oscylują od 32 – 33 stopnie. Dopiero jak wylęgnie się więcej pszczół młodych- czyli w połowie kwietnia temperatury sięgają 34 stopni, a potem 35 stopni oscylując od 33,5 do 35,5 stopnia..

        Ok 10 maja temperatura gniazda nagle prawie w wszystkich rodzinach spadła po0niżej 30 stopni i utrzymywała się prze 1 – 3 dni, następnie doszła do normy. Nie było dalszych konsekwencji chorobowych. Ok 20 maja temperatury znowu w 7 ulach spadły w granicę 30 stopni i utrzymywały się również do 3 dni, natomiast dwie rodziny temperatury nie wyrównały. Jak się potem okazało czerw zrobił się lekko rozstrzelony, ale tym razem nie robiłem żadnych zabiegów- po prostu wymieniłem matki. I wstawiłem po 3 ramki z czerwiem na wyjściu. Po 5 dniach temperatury podskoczyły ale tylko do 33 stopni. I potem były coraz niższe ustabilizowując się po 10 dniach na 29 stopni. W momencie kiedy młode matki rozpoczęły czerwienie temperatury osiągnęły 34- 35 stopni i żadnych dalszych anomalii zdrowotnych nie było.

        Stworzyłem teorię idealnej dezynfekcji plastrów przy pomocy dezynfektorów. Ta dezynfekcja jest, ale nie tylko plastry są przyczyną roznoszenia bakterii. Zrobiłem tego roku  doświadczenie z zgnilcem i gliniakiem. Leczyłem 2 takie rodziny w obecności zepsutego czerwiu. Opornie szło to leczenie. Gliniaka w jedneju z rodzin stwierdziłem  pod koniec maja, a zgnilca sprezentowała mi koleżanka w dużym odkładzie w po0łowie czerwca. Obie rodziny potraktowałem doświadczalnie. Na początku sierpnia było już po chorobie. Wpadłem na taki pomysł by dodatkowo przed zakarmianiem zdezynfekować jeszcze profilaktycznie poszczególne plastry . Panowała wtedy temp. 19 stopni. Wyciągałem poszczególne plastry obserwując je i dezynfekując przy pomocy opryskiwacza. Ta praca z różnych powodów przy każdym z uli mi się przedłużyła i wiedziałem że mogę przechłodzić czerw. Myślałem że może podczas tego przechłodzenia czerwiu pokaże się jeszcze gdzie  niegdzie zepsuta komórka z czerwiem. .Ponownie zajrzałem do tych uli za 5 dni. Okazało się że tak przechłodziłem czerw, że cały zepsuł się i w jednym ulu rozwinął się ponownie zgnilec w drugim zaś ponownie gliniak.

 

              Do tego zdarzenia mój komentarz jest taki: Dezynfektorami zniszczyłem kompletnie wirusa, pszczoły były w stanie utrzymywać temperaturę 35 stopni nie pozwalając na aktywność bakterii. Przechłodzenie spowodowało osłabienie reakcji obronnych zarówno czerwiu zakrytego jak też odkrytego a w dalszej kolejności pszczół dorosłych  i spowodowało szybką aktywność bakterii co w konsekwencji doprowadziło do   całkowitego zepsucia się czerwiu. To doświadczenia potwierdza wszystko co do tej pory napisałem czyli to że najpierw jest czynnik obn iżający temperaturę gniazda dopiero potem pojawia się bakteryjna choroba czerwiu. W tym przypadku dezynfekując pszczołom przewody pokarmowe utrzymałem pszczoły w kondycji która pozwalała utrzymywać im w gnieżdzie temp. 35 stopni. Gdyby te pszczoły w międzyczasie zostały podtrute czy złapały dużą ilość wirusa, spadłaby naturalnie temperatura w gnieŹdzie i czerw zepsuł by się bez mojego udziału.

   Robiłem próby które miały ocenić z jaką szybkością psuje się czerw w zależności od temperatury i tak przy 35 stopniach nie następowało zarażanie nowych komórek i właściwie po 6 dniach komórki nie różniły się zbytnio o stanu sprzed wstawienia do inkubatora. natomiast w 25 stopniach cały czerw  zepsuł się po 2 dniach i nie pozostała ani jedna zdrowa larwa.

 

   Zrobiłem kilka prób polegających na obserwacji rodzin w których spadła znacznie temperatura w dłuższym czasie – nie lecząc je. W 6 przypadkach był to gliniak w 1 przypadku zgnilec. Więc ten spadek temperatury jest wspólną cechą początku każdej choroby biologicznej. Uzyskałem jedno potwierdzenie z Podkarpacia takiego samego przebiegu temperatur w wyniku którego pojawiła się choroba woreczkowa.

     Wniosek taki: tak zdecydowanie na temperaturę wnętrza gniazda nie może wpłynąć jakaś bakteryjna  choroba czerwiu.  W tak zdecydowany sposób pszczoły podnosząc temperaturę gniazda w niektórych ulach - rodziny nie doszły by do normy jeśli byłby to początek rozwoju jakiejkolwiek choroby bakteryjnejj. Jeśli przy trwającym pożytku zaraża się duża ilość rodzin demonstrując to spadkiem temperatury gniazda to nie może to być przypadkowe zarażenie bakteriami lecz właśnie wirusem, alobo bakteriami i wirusem równocześnie.  To musi być wirus działający na pszczoły tak jak grypa u człowieka, której konsekwencją może być bakteryjne zapalenie płuc, ponieważ to grypa osłabia metabolizm człowieka, dopiero wtedy mogą rozwinąć się bakterie tworzące zapalenie płuc. Te bakterie w człowieku są  tak samo jak bakterie zgnilca i  gliniaka czy choroby woreczkowej, lecz temperatura 35 stopni w rejonie gniazda nie pozwala się im rozwinąć, a jeśli nawet gdzieś w komórce się pojawi, to pszczoły szybko to uprzątną, zdezynfekują nektarem i propolisem i choroba w tych warunkach nie ma szans rozwiniecia do czasu aż spadnie temperatura gniazda z jakiegokolwiek powodu. Powodem spadku temperaturt gniazda może też być pszczelarz grzebiący zbyt długo w ulu przy niskich temperaturach zewnętrznych. Takie przechłodzenie w dłuższym czasie może również wywołać lawinowy rozwój bakterii destrukto w rodzinie pszczelej.

 

Mówiąc o wirusie który obecnie sieje spustoszenia w pasiekach,   podejrzewam że jest to bardzo mały mikrob obracający się w świecie owadów- również dzikich- być może mutujący się, który obecnie istnieje w całym świecie i dziesiątkuje pasieki. Musi być to twór biologiczny ponieważ tego rodzaju próby z temperaturami robię cały czas i za każdym razem, - nawet jeśli już  pojawi się równomiernie rozstrzelony czerw udaje się w 100% dezynfektorami doprowadzić rodziny pszczele do normy.

 

       Podczas prób leczenia Gliniaka u pszczół zastosowałem wstawianie 2 ramek z zdrowym czerwiem na wyjściu, przy czym część rodzin traktowałem dezynfektorami część nie. - Były to doświadczenia u kolegi pod Słupskiem.  rodziny podzieliliśmy na 2 grupy przy czym 5 rodzin pryskaliśmy ALFA-5 a w 6 tylko wstawiliśmy 2 ramki z zdrowym czerwiem na wyjściu w środek gniazda i nie stosowaliśmy dezyn fektorów. Jak się okazało 5 rodzin wyleczyliśmy całkowicie, a z tej szóstki tylko w dwóch rozwinął się nadal gliniak natomiast w 4 -ech pszczoły same go zwalczyły.

Pomiary temperatury w rodzinach zarażonych gliniakiem wykazywały średnio 28 stopni, n atomiast po wstawieniu 2 ramek z czerwiem na wyjściu między tymi ramkami w ciągu 3 godzin temperatura wzrosła do 33 stopni by za dwa dni przekroczyć 34 stopnie. Matki zaraz po wyjściu czerwiu zaczerwiały te ramki  i nie czerwiąc w ogóle na ramkach gdzie był chory czerw przez 3 – 5 dni. Pszczoły na drugi dzień po wstawieniu czerwiu na wyjściu zaczęły intensywnie wyrzucać czerw zepsuty.  Tego też nie potrafię skomentować, ani uzasadnić. Tym bardziej że 2 rodziny same sie nie pozbyły choroby trzeba w nich było leczenie rozpocząć od nowa. Podkreślam że w każdym przypadku dotyczy to leczenia rodzin w ob ecności czerwiu zepsutego chorobowo. Dla potrzeb praktyki pszczelarskiej takie leczenie jak wspomniałem wcześniej-  jest nieuzasadnione. Podstawowym podejściem do leczenia praktycznego jest w pierwszej kolejności usunięcie czerwiu zepsutego, ponieważ jego obecność ciągle zaraża i przedłuża w zasadniczy sposób okres leczenia wykluczając rodzinę chorą z produkcji w bieżącym roku.

    Okresowe zatrucia czy podtrucia również są powodem obniżenia temperatury w centrum gniazda i mogą również  tak samo jak wirus  stwarzać warunki do dynamicznego rozwoju chorób bakteryjnych, w tym gliniaka.